Woły Piżmowe

Właśnie chwilowo zakwaterowalem się w ciepłej i suchej chacie. po kilku dniach pracy w terenie. Ostatnie dni były bardzo intensywne.

Temperatury odkąd przyjechałem oscylują między – 30 °C a – 19 °C. Śnieg skrzypi pod nogami a przy głębszym wdechu skrzydełka nosa sklejaja się ze sobą. Śniegu jest sporo. Miejscami jest nawiane do połowy uda co niestety przy braku nart turowych czy rakiet mocno utrudnia poruszanie się. Jestem więc dość powolny co na szczęście w obliczu „polowania na wołu piżmowe” nie stanowi zbyt wielkiego problemu no chyba, że mowa o…. ataku woła. Tu w sumie nic nie jest w stanie pomóc.WschódDziś, mam bieżącą wodę co najważniejsze w stanie ciekłym a nie w proszku jak przez ostatnie kilka dni. Mam wreszcie chwile na doładowanie baterii wyczyszczenie sprzętu i wysuszenie namiotu. Słowem dziś chwilowy luksus przed powrotem w teren.Przez ostatnie dni pogoda była dość zmienna sypal śnieg było kilka drobnych zamieci. Widzialność w tundrze potrafiła spaść całkowicie do zera gdy podstawa chmur zaczynała się nisko. Totalny „whiteout” biało na górze biało na dole i w sumie nie wiadomo gdzie się kończy to po czym chodzimy a zaczyna niebo i powietrze. Nie dość że to pogoda całkowicie bezowocna jeśli chodzi o szukanie wołów ale również bardzo niebezpieczna bo można wołom wleźć na głowę co z całą pewnością skończy się atakiem i najprawdopodobniej śmiercią śmiałka wchodzącego pewnym krokiem między woły 🙂 Tak więc ważne jest aby wychodząc z namiotu „brać waypoint” miejsca z którego startujemy tak aby w przypadku totalnej mgły i braku widzialności mieć szanse na powrót do namiotu w którym jest kuchenka, żarcie czy śpiwór…

woły pizmowe w tundrze
Tak wygląda „wypatrzone” stadko wołów piżmowych.

CO JA ROBIĘ TU ?

„Poluję” na woły piżmowe. Zwierzę mało rozpoznawalne u nas w kraju choćby z tego względu, że w naszym kraju występuje głównie w postaci szczątków kopalnych. W okresie zlodowacenia piżmowoły zamieszkiwały na terenie obecnej Polski. Wiemy o tym z rytych wizerunków, na których występują wraz z mamutami i nosorożcami włochatymi. Oraz oczywiście z badań paleontologicznych.

Dziś żyją w obszarach suchej arktycznej tundry. Piżmowoły zaliczają się do tych zwierząt, których sam widok powoduje w nas uczucie sympatii. Sympatia ta wzrasta, gdy bliżej poznajemy ich zwyczaje. Eskimoska nazwa Oomingmak czyli kudłacz jest bardziej trafna niż łacińskie określenia. Kiedy patrzymy na piżmowoła pierwsze wrażenie to właśnie góra kudłów. Futro to jest niezwykłe. Na szyi i brzuchu ościste włosy ich futra osiągają długość nawet do 90 centymetrów. W tej rywalizacji nie mają konkurenta.Wół piżmowy nie jest przesadnie wielkim zwierzęciem. Wysokość w kłębie dochodzi do 140 cm. Samice są mniejsze. Ciało długości dochodzącej do dwóch metrów zakończone jest krótkim dziesięciocentymetrowym ogonkiem. Po stronie przeciwnej niż ogonek w oczy obserwatora rzucają się przede wszystkim rogi. Umieszczone są po bokach niezbyt dużej głowy. Najpierw wędrują w dół a następnie zaginają się do przodu. Ich grube nasady, podobnie jak u bawołów, niemal stykają się na czole zwierzęcia. Mimo zwartej i krępej budowy zwierzęta biegają szybko, lekko i zgrabnie. Rzadko jednak uciekają. Na widok zbliżającego się człowieka, niedźwiedzia polarnego czy wilka ustawiaja się frontem do wroga. Pochylają łby i głośno tupią rozpryskując okruchy lodu i śniegu.

Jeśli zagrożenie wzrasta potrafią zdecydować się na atak i tu już nie mamy żadnych szans. Zwierzęta ważące kilkaset kilo potrafią biec z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę nawet w kopnym głębokim śniegu. ( Wiem, widziałem i nie śmię powątpiewać ) Najpierw uderzają intruza nasadą rogów a następnie gdy ten straci przytomność lub zostanie poważnie poturbowany przypuszczają drugi atak depcząc go racicami. Nic przyjemnego i koniecznie trzeba o tym pamiętać robiąc im zdjęcia.Po przyjeździe pierwsze dwa dni poświęcone były na poszukiwanie zwierząt. Najpierw za pomocą lornetki trzeba dokłądnie przeczesać teren sprawdzając każdy wystający spod śniegu głaz. Jeśli któryś z głazów ma rogi lub kudły to niepodważalny znak, że może być to piżmowół. Zwierzęta zimą są mistrzami oszczędzania energii. Nie mają powodów aby zbyt daleko się przemieszczać jeśli więc dorwie się stado szanse na to, że następnego dnia będą w pobliżu są bardzo duże. Może być to kwestia przewędrowania dwóch trzech kilometrów w ciagu doby. W znalezieniu jednego stada bardzo pomógł mi lokalny ranger. Tak naprawdę gdyby nie jego pomoc nie wiem czy pisząc teraz ten wpis miałbym już na koncie obserwację tych zwierząt .

marcin dobas fotowyprawa woły piżmowe
OM-D EM-1 + ZD 300 f2.8 i wszechobecny pomarańczowy Lowepro Flipside Sport – tu bez maskowania.
musk ox - Marcin Dobas
zieeeeeeeeew

 

WARUNKI PRACY

Dogodne choć dość spartańskie. Mam namiot, śpiwór, żarcie i benzynową kuchenkę. W zasadzie wszystko czego potrzeba. Jest baza wypadowa położona w górach. Startując rano jem śniadanie biorę plecak foto zakładam ubranie maskujące i ruszam na zdjęcia. ODpada mi codzienne pakowanie, dojazd, ponowne szukanie miejsca w których będzie stado wołów. I odpada największe niebezpieczeństwo czyli szansa, że zaśpię na wschód słońca. Nie zaśpię. Prędzej wstanę wcześniej i wyjdę z namiotu pobiegać aby się rozgrzać niż zalegnę w śpiworze do południa 🙂 Dzień jest dość krótki. Gdy piszę te słowa słońce pomału zachodzi za horyzont. To że krótki z jednej strony może doskwierać bo niby co można robić po zachodzie słońca. Z drugiej strony należy pamiętać ze ten krótki dzień oferuje cały czas magiczne światłoo ( o ile nie ma pełnego zachmurzenia i mgły ).
Po powrocie do namiotu ropzpoczyna się rytuał gotowania. Trzeba rozpalić benzynową kuchenkę i rozpocząć topienie śniegu. Trwa to długo i skutecznie pozwala na spędzenie kilku godzin bez zbytniej nudy.Na palniku ustawiam kilka menażek jedna nad drugą i do każdej nakładam śniegu. po jakimś czasie mam już natopioną wodę aby upichcić jakąś zupę, zalać liofilizat, kisiel czy herbatę. Na koniec oprócz herbaty do drugiego termosu wlewam również stopiony śnieg tak aby rano czas gotowania móc skrócić do minimum. O ile jakoś nie przepadam za staniem w kuchni, to cały okres przygotowania posiłku wbrew pozorom ma swój urok. czasem większy gdy noc jest pogodna, czasem mniejszy gdy warunki nocą się zmieniają na mało korzystne.

Przygotowanie do wyjścia w teren.

Pakowanie obozu

SPRZĘT FOTO.

Jak zwykle wszystko spakowane w mój ulubiony plecak czyli LowePro Flipside Sport.
Do plecaka trafiły oczywiście OM-D EM-1, EM-10, EM-5.

Obiektywy jakie ze sobą zabrałem to przede wszystkim Zuiko Digital 300 mm f/2.8 ED dodatkowo konwerter 1.4x oraz oczywiście przejściówka na u4/3.
Z obiektywów systemowych do plecaka trafił M.Zuiko Digital 40-150 2.8 PRO i konwerter 1.4x oprócz tego oczywiście Samyang 7,5 mm oraz M.Zuiko Digital 9-18, Panasonic Leica 25mm f1.4 i 14-42 EZ do OM-D EM-10

Filtry, karty, baterie ( do EM-1 zabrałem grip ze względu na używany wielki oiektyw. W zasadzie na cały dzień pracy wystarczały mi dwie baterie jedna z korpusu druga z gripa. Co jakiś czas tylko ogrzewałem jedną z nich )statyw, głowica, X-Rite Color Passport ( o nim kilka słów już wkrótce bo przewija się w opisach a również częśto padają pytania po co to komu 😉 ) kopiarka do kart SD i lampa błyskowa…

Sprzęt w mrozie sprawdza się jak dotąd idealnie. P0krywa się codziennie grubą warstwą szronu ale w niczym mu to nie przeszkadza. Nie zauważyłem też jakiegoś wielkiego spowolnienia pracy aparatu czy obiektywu. Czasem trzeba oskrobać przednią soczewkę jak szyby w samochodzie ale większych problemów jak dotąd nie zanotowałem. Problemem gigantycznym jest kondensacja i na to trzeba strasznie uważać. W nagrzanym namiocie temperatura jest dodatnia, jeśli bezpośrednio z mrozu wniosę nie opakowany w torbę aparat momentalnie pokryje on się szronem a po krótkim czasie szron zacznie zamieniać się w wodę.

OLYMPUS OM-D Mróz
OM-D EM-5 + Samyang 7,5 mm Mróz mu nie wadzi choć trzeba czyścić przednią soczewkę.

 

SPRZĘT TURYSTYCZNY I DODATKOWY

Dziś nie będę go opisywał choć patrząc po dotychczasowych pytaniach, które do mnie trafiają myślę że wielu osobom może się przydać informacja o zabranym sprzęcie turystycznym czy dodatkowym. Poczynając od ubioru poprzez sprzęt biwakowy a na takich dziwnych drobiazgach jak gogle nakolanniki, kompas GPS czy na maskowaniu kończąc. Tak więc jeden z najbliższych wpisów postaram się poświęcić własnie temu zagadnieniu

POSTĘP PRAC

Na razie jestem bardzo zadowolony. udało mi się namierzyć trzy stada. Pólki co czas spędzam ze stadem liczącym 9 osobników. Wyżej w górach wypatrzyłem stado 16 sztuk a po przeciwnej stronie doliny kolejne stado liczące około 5 osobników. Przy takiej temperaturze powietrza ciężko jest zarejestrować jakąś większą aktywność tych zwierząt. Stoję więc ubrany we wszystkie puchy, które mam, zamaskowany i czekam aż coś zacznie się dziać. Stosuję najlepszą w takiej sytuacji „technikę zgubionego portfela” Kręcę się w okolicy stada i udaję że szukam portfela. Myślę że doskonale je to może zmylić. Zamiast iść bezpośrednio do zwierzaka i go niepokoić przez kilka godzin przyzwyczajam je do swej obecności. Chodzę raz w ich kierunku raz w bok, raz się od nich oddalam. czasem kucnę, czasem klęknę, czasem gdzieś pogrzebię nogą. Staram się wyglądać jakbym się pasł. Do tego stopnia ignorują moją obecność że niektóre z nich pasąc się podchodzą w moim kierunku. Moment w którym wszystkie byki stwierdziły że się położą uznałem za doskonały sygnał że mają moją obecność w głębokim poważaniu. Staram się więc siedzieć obok nich i czekać na jakąś aktywność. Czasem w ramach rozgrzewki trykają się łbami albo odpychają od wygrzebanej spod wartwy śniegu roślinności.

Raz niestety pokpiłem gdy jeden z byków stwierdził że mnie nastraszy. Niezrozumiały dla mnie jest fakt, że odległość między nami cały czas się nie zmieniała i wynosiła około 180 m. W moim odczuciu byka wkurzył długi kontakt wzrokowy, ponieważ póki obserwowałem innego samca i mu robiłem zdjęcia tamten mnie ignorował. Gy zmieniłem obiekt zainteresowania kilkusetkilogramowe cielsko najpierw ustawiło się na wprost mnie, potem prychnął ( co już było sygnałem że czas delikatnie się wycofać ) następnie pomachał łbem ( co było kolejnym sygnałem, żeby się wycofać ) i pomału zaczął podchodzić w moim kierunku. Też mnie to nie zaniepokoiło ponieważ jak wspomniałem wcześniej byki już wielokrotnie szły w moim kierunku – choć zazwyczaj ze wzrokiem wpatrzonym w ziemię. Ten szedł z podniesiona głową i wzrokiem utkwionym we mnie. Po kilku krokach przeszedł w galop….

Tak wygląda wół piżmowy, który udaje, że chce Cię zabić...
Tak wygląda wół piżmowy, który udaje, że chce Cię zabić… / przepraszam za słabą ostrość – troszkę mi się trzęsły ręce…/ OLYMPUS OM-D EM-10 + MZD 40-150

Widok fenomenalny. Śnieg rozpryskujący się na boki faująca sierść piżmowoła i gracja z jaką sunął po śniegu robiła wrażenie. TRoszke bardziej mnie niepokoiło że ja w śniegu po uda za bardzo nie mam jakichkolwiek szans aby odsunąć się z toru jego szarżowania – a stałem dokładnie na wprost. Zrobiłem chyba najlepsze co mogłem czyli zamknąłem oczy i wcisnąłem spust migawki ustawiony na zdjęcia seryjne…. Na szczęście kolega wół zatrzymał się kilkanaście metrów ode mnie a ja pokazując mo, że zrozumiałem aluzję zacząłem delikatnie od niego się oddalać… Niestey miałem wówczas zapiętą trzysetkę takwięc już po kilku krokach woła zbliżenie na niego było zbyt duże aby wykonać ciekawe ujęcie. Tu przydałby się chyba obiektyw standardowy albo nawet i szerokokątny 😉

Wół piżmowy marcin dobas

Tak czy siak nie do końca wiem, co mu się nie spodobało ( sądzę właśnie, że kontakt wzrokowy ) Nie do końca wiem, czemu zawdzięczam, że się zatrzymał – choć wiem że było to bardzo miłe z jego strony. Wiem natomiast już doskonale jakie sygnały są jawnymi sygnałami, że coś się będzie działo i że mozna się spodziewać ataku. Z resztą obserwując bawiące się woły zanim zacznął na siebie szarżować aby zderzyć się łbami wykonują dokładnie te same gesty…

No dobra. Nie ma co zanudzać. Czas na posiłek i pomału trzeba iść spać bo od jutra rana znów wracam w teren…

musk ox Marcin Dobas