Sprzęt na zimę

Wybierając się zimą w rejony Arktyczne pojawia się masa problemów z którymi zazwyczaj wybierając się na zwykły wyjazd się nie stykamy.

Oczywiście jeśli jeździliście już kiedyś zimą w góry i w tych górach biwakowaliscie większość porad czy informacji na temat sprzętu nie będzie dla Was niczym nowym. Jeśli jednak góry odwiedzacie tylko latem. Albo zimowy wyjazd pod namiot będzie czymś nowym myślę że w poniższym wpisie możecie znaleźć informacje dla Was przydatne. Jako ze dość częstym pytaniem jest co zabieram na tego typu wyjazdy oprócz sprzętu fotograficznego postaram się przybliżyć temat zimowego biwaku. Z całą pewnością nie wyczerpie to tematu i nie przygotuje nikogo do wyjazdów zimą w góry lub rejony arktyczne ale na pewno opis tego co zabrałem w jakimś stopniu ułatwi dobór sprzętu każdemu kto wybiera się w teren podczas gdy za oknem mamy trzaskający mróz.
Podczas ostatniego zimowego wyjazdu na woły piżmowe  mróz był. Może nie trzaskający ale śnieg pod nogami już skrzypiał a przy głębokim wdechu skrzydełka nosa sklejały się ze sobą. Nie wiem jak Wy ale ja uwielbiam takie uczucie i cieszy mnie że przy braku konkretnej zimy w tym roku udało mi się trafić w miejsce gdzie zima przyszła konkretna.

Woły piżmowe Dobas

 

 

BIWAK

Namiot stanie się naszym domem przez najbliższe dni. Jadąc na woły zabrałem ze sobą namiot marabut K2. Jednym z powodów dla których zdecydowałem się na takie rozwiązanie były względy bezpieczeństwa. Po pierwsze jest to namiot przystosowany do rozbijana zimą choćby ze względu na posiadane fartuchy. Po drugie istotny jest jego kolor. W razie jakichkolwiek komplikacji szanse na znalezienie żółtego namiotu czy to przeze mnie we mgle czy przez ratowników z helikoptera są większe niż gdybym zabrał namiot w mniej jaskrawym kolorze np szarym. Bardzo ważną rzeczą jest aby namiot nie miał zbyt skomplikowanej budowy i aby można go było łatwo i szybko rozbić. Ma to znaczenie gdy jesteśmy głodni zmęczeni zmarznięci a dodatkowo szaleje wiatr. Używałem wielu różnych namiotów. Jestem pod gigantycznym wrażeniem szwedzkich namiotów Hilleberg lub norweskich Helsport. Widać, że Skandynawowie znają się na rzeczy, wiedzą czego oczekiwać od namiotu i wiedzą czym sa trudne warunki. Minus polega na tym, że namioty te do najtańszych nie należą. W ofercie obydwu firm znajdziemy ultra lekkie jedynki, ważące 900 – 1000g oraz siermiężne wręcz pancerne namioty stworzone do biwakowania podczas szalejących w Arktyce wiatrów.  Na szczęście podczas mojego wyjazdu ani nie było ekstremalnie, ani nie szalały wiatry. Pamiętajcie jednak dobierając namiot – szukać namiotów o prostej konstrujkckji. czy to tunelowych czy iglo – ma być łatwy do złożenia lub rozłożenia a nie wynalazkiem składającym się z 7 różnych masztów najlepiej każdy o innej długości 🙂

Marabut K2 Expedition, Marmot  Ares i Lowepro Flipside Sport

Rozbijając namiot w śniegu napotkamy na kilka problemów, które nie będą nas dotykały podczas lata. Nie ma mowy o wbiciu szpilek w śnieg lub lód. Możemy wykorzystać to co mamy w zależności od tego jakie panują warunki śniegowe. Można wykorzystać narty, czekan, zakopany woreczek po puchowej kurtce wypełniony śniegiem i działający jak deadman. Fartuchy wzdłuż namiotu należy obsypać śniegiem. będzie to działało jak kotwica i pomagało utrzymać namiot na swym miejscu. Jeśli biwakujemy na zmrożonym śniegu możemy skorzystać ze śrub lodowych. Pilnować należy miejsca gdzie rozbijamy nasz dom. Powinno być osłonięte od wiatru ale nie można też go rozbijać np u wylotu żlebu aby nie narażać się na niebezpieczeństwo związane z lawinami. Znane są sytuacje, kiedy ekipa rozbija namioty u wylotu żlebu po czym okazuje się ze rozbity obóz był dokładnie na torze ruchu lawiny. Wszędzie tam, gdzie jest śnieg, gdzie są góry i sprzyjające warunki atmosferyczne o taką samoistną lawinę nie trudno.  Warto więc przy wyborze miejsca znaleźć takie, w którym nie grożą nam spadające kamienie czy zsuwający się śnieg, albo przynajmniej mamy mniejsze ryzyko, że coś spadnie akurat na nasz namiot.

Dobrze jest w przedsionku wykopać dołek tak aby można było w namiocie usiąść zostawiając miejsce do gotowania.

Ważna jest też izolacja termiczna. Tu pojawia się pytanie czy lepszym rozwiązaniem będzie karimat czy mata samopompująca. Mata zapewni większy komfort termiczny, jednak narażona jest na zepsucie i waży więcej. może pęknąć, rozkleić się, przedziurawić. Karimat… No cóż ciężko to zepsuć. Kwestia wyboru co wolimy i jaka będzie specyfika naszego wyjazdu. Na ten wypad zabrałem matę samopompującą świadom wad jakie taki produkt posiada. Jest miękko jest ciepło, ale trzeba liczyć się z tym, że może toto nam się popsuć. Znów drobiazg gdy kupujemy matę samopompującą. Zwróćcie uwagę czy ustnik jest metalowy czy nie. Dmuchanie w metalowy wentyl o temperaturze – 30 stopni raz, że nie należy do najprzyjemniejszych, a dwa może się okazać że wentylek przymarznie wam do ust 😉

I na koniec śpiwór – ma być ciepły i na tyle duży aby na noc wrzucić do niego całą masę rzeczy utrudniających nam sen. Poczynając od butów / botków poprzez baterie a na mokrych ciuchach kończąc 🙂 Znów pytanie czy puch czy syntetyk. Puch będzie lżejszy i cieplejszy – przynajmniej do momentu gdy nie zamoknie bo wtedy straci swe właściwości. Syntetyk większy i cięższy ale za to bardziej odporny na wilgoć. Ostatnio na rynku pojawiają się produkty puchowe z tak impregnowanym puchem, że woda mu nie straszna. Kurtka puchowa wykonaną w tej technologii na tyle przypadła mi do gustu, że  myślę że to najlepsze z możliwych rozwiązań.

namiot Marabut K2 expedition i mata Vango Ultralite
namiot Marabut K2 expeditio, mata Vango Ultralite, rękawice Monkeys Grip, kurtka Marmot Ares i czapka udziergana przez Islandkę 🙂

 

 

UBIÓR

Znów temat rzeka i należało by zacząć od oddychającej bielizny, bielizny termoaktywnej itp itd. Pominę jednak ten aspekt i skoncentruję się na tym co zimą lubimy najbardziej czyli ciepłym ciuchu. Podczas działań w ciągu dnia najlepiej sprawdzałą mi się cieniutka kurteczka puchowa. Na wyjazd zabrałem kurkę Marmot Ares. Mała Lekka ale zawierająca sporo puchu ciepła kurteczka posiadająca kilka zalet. Po pierwsze posiada ochronę puchu czyli jakiś wynalazek Marmota o nazwie Down Defender.

Sam Marmot tak o tym pisze :
Marmot Down Defender to sposób zabezpieczenia odzieży puchowej. Jest to puch pokryty powłoką odpierającą wodę, zapewniający ochronę odzieży puchowej przed wilgocią. Zapobiega zbijaniu się puchu w grudki i utracie wysokiego stosunku ciepła do masy w czasie kontaktu z wodą, w ten sposób zwiększając zdolność do utrzymania ciepła i komfortu. Puch pozostaje suchy 10 razy dłużej niż puch bez powłoki ochronnej i schnie o 30% szybciej niż puch bez powłoki ochronnej

Oczywiście w wielkiej ulewie kurtka i tak przemoknie jednak przy lekkie opadzie puch nie chłonie wody. Duży plus!!

Taki dobór kurtki też wynikał z faktu, że nie była ona za ciepła i wszędzie tam, gdzie niosąc sprzęt foto brnąłem pod górę w śniegu sprawdzała się idealnie. Nie było mi ani za zimno ani za gorąco. Dodatkowo kurtka uszyta w sposób przemyślany, tak, że całą kurtę można schować w jej własną kieszeń co nagminnie wykorzystywałem jako jaśka 🙂 Za pewną wadę tego modelu można by uznać mało jaskrawy kolor – ale tu znów kwestia do czego ja wykorzystamy. Oczywiście fajnie jest być widocznym w górach, ale jeśli nie chcemy rzucać się w oczy fotografowanym zwierzakom – szary jest wręcz idealny, zwłaszcza, że kurtkę wykorzystywałem również wraz z maskowaniem. Używam jej dość często zarówno w polskich górach jak i na codzień w mieście podczas zimnych dni i jeśli myślicie o czymś ciepłym i lekkim – tego typu kurtka puchowa czy sweter puchowy ( funkcjonuje toto pod różnymi nazwami ) będzie idealny.
Kupując kurtkę warto pokusić się o wersję z impregnowanym pierzem i opcją Down Defender. Okazuje się że nie jest to tylko kwestia mżawki czy wilgoci ale również ten wspomniany wcześniej down defender całkiem nieźle zabezpiecza kurtkę przed…. kotami. Jestem miłośnikiem tych zwierząt, ( choć czasem tracę do nich cierpliwość ) ale niestety od czasu do czasu z niewyjaśnionych przyczyn kot potrafi stwierdzić, że kurtka puchowa jest akurat najlepszą rzeczą, którą należy oznaczyć. Jak pomyśli tak zrobi i jestem pewien, że robi to w dobrej wierze, której niestety my jako właściciele oznaczanych rzeczy nie rozumiemy. Tak też było z moim puchem. Wredny sierściuch ( muszę dobrać odpowiednie epitety po tym wydarzeniu ) nalał mi na kurtkę puchową. Pierwsze wrażenia były, że kurtka jest już do wyrzucenia, że nie da się tego wyprać i że jak piórka już złapią smród to będą nie do odratowania. Okazuje się że o dziwo – nie dość że kurtka ładnie dała się wyprać to wyjątkowo szybko mi się ją udało wysuszyć. Mam porównanie do tego jak niełatwym wyzwaniem jest upranie kurtki puchowej i wysuszenie jej tak aby jej nie popsuć i puch nie zlepił się z w grudy. Tu poszło całkiem nieźle.

marmot_kurtka_puchowa

 

Pewną alternatywę dla puchu stanowią wypełnienia syntetyczne jak Primaloft. Są również ciepłe i w przeciwieństwie do puchu nie boją się wody jednak są dużo cięższe i większe od puchowych odpowiedników.

Oprócz cienkiej puchowe kurteczki, która stanowia moje podstawowe ocieplenie na wyjeździe też była gruba kurka puchowa z komfortem przy -35C. Doskonała na godziny spędzane przy statywie lecz zdecydowanie zbyt ciepła na wszelkie podejścia. Ważny element stanowiły rękawice. Monkey’s Grip oraz Duże ciepłe łapawice Black Diamond Mercury Mitts. Rewelacyjne łapawice z dwóch powodów. Po pierwsze bardzo ciepłe, po drugie wewnętrzna część ocieplająca posiada 3 palce co pozwala na wygodna obsługę aparatu fotograficznego.

Z drobiazgów z ubioru miałem też ze sobą dwa elementy ubioru kupione w sklepie z militariami. Pierwszy to zimowe maskowanie. Drugi to nakolanniki – niezastąpione podczas wielu godzin klękania na śniegu podczas fotografowania czy przyrządzania posiłków. Oczywiście nie można zapomnieć o całej masie „drobiazgów” które mieć trzeba takich jak gogle czy okulary z mocnym filtrem UV, GPS, lawinowe ABC jeśli planujemy działać gdzieś w górach itp itd.

KUCHNIA

Niskie temperatury podczas takiego wyjazdu znów przysporzą nam trochę kłopotu, tym razem podczas przygotowywania posiłków. Podobnie jak zimą w górach tak i tu nie za bardzo sprawdzają się kuchenki gazowe. Mimo iż lekkie i uniwersalne oraz o dużej mocy nie sprawdzą się w takich warunkach. Na codzień używam palnika o mocy 3 kW za pomocą którego w temperaturze pokojowej mogę zagotować litr wody w ok 3 minuty. Optimus Crux Lite  – znów prosty w budowie, mały lekki  palnik o wadze ok 7o gram W zasadzie nie wiele co może się tam popsuć. Jednak w temperaturze 30 stopni poniżej zera taka kuchenka ma jeden minus. Gaz nie bardzo chce przyjąć formę gazową i tylko leniwie chlupie w kartuszu. Gotowanie na gazie w takich warunkach to jakiś absurd. Da się ale należy zadbać o to aby puszka z gazem była jakoś podgrzewana bo inaczej gaz nie chce parować i zajmie nam to pół dnia.  Każdy, kto próbował ugotować coś na gazie w niskich temperaturach wie o czym mowa. Pamiętam jak kiedyś na Islandii w górach jednym palnikiem podgrzewałem wodę, w której stał drugi palnik. Ten na dole działał leniwie, ale ten zanurzony w ogrącej wodzie już działał należycie. Co jakiś czas zamieniałem palniki miejscami tak aby zimny się ogrzał. Tak jak pisałem wcześniej to był jakiś absurd oczywiście przez cały wyjazd palnik gazowy się sprawdzał, ale podczas noclegu przy ujemnych temperaturach już działał dużo mniej efektywnie.
Zupełnie inaczej sprawdza się kuchenka benzynowa. Ta bez względu na niskie temperatury furczy aż miło. Na wyjazd zabrałem jedną z moich ulubionych gazowych kuchenek czyli starego poczciwego Juwla. Dlaczego to jedna z moich ulubionych konstrukcji ? Dlatego, że nie wiele co może w tej kuchence się popsuć. Budowa i obsługa jest prosta jak budowa cepa. Nie jest to żadna nowoczesna konstrukcja – a takich na rynku jest bez liku. Jest to kuchenka wymyślona w latach trzydziestych ubiegłego wieku i wciąż można kupić ją na portalach aukcyjnych w całkiem dobrej cenie.

Zdecydowanie więc zalecam zabranie kuchenki benzynowej jeśli wybieracie się w miejsca gdzie będzie mróz. Oczywiście przyda się też termos tak aby podczas porannego rytuału gotowania napichcić sobie trochę cieczy na czas działań w terenie. Wodę uzyskamy z topienia śniegu, warto przykrywać jedną menażkę drugą, do której również wsypiemy śnieg. W ten sposób szybciej przetopimy tyle śniegu ile nam potrzeba.

 

kuchenka Juwel

Ważna rada – nie oblizujemy metalowej łyżki ( zwłaszcza zimnej ) na trzydziestostopniowym mrozie

O żarciu nie ma co się rozpisywać – ma być szybko, kalorycznie i smacznie – choć w terenie wymagania smakowe jakie stawiam posiłkom zdecydowanie maleją. Dla leniwych doskonale się sprawdzą liofilizaty – sam suchy obiad – do którego wystarczy dodać wodę poczekać i można jeść. Jak to działa ? Wyobraźcie sobie jakiś produkt spożywczy – załóżmy truskawkę w której nie ma wody nie ma bo właśnie została zabrana w procesie liofilizacji.
Jest więc sama sucha truskawka, którą zabieramy na wyjazd a wodę dodajemy już w terenie. Jaki jest plus takiego rozwiązania – mamy przygotowany posiłek ale pozbawiony wody. W związku z tym nasze porcje żywieniowe są lekkie i zajmują niewiele miejsca. Wodę na miejscu mam  z przetopionego śniegu i do jej dodania sprowadza się cała filozofia przygotowania posiłku.

Na ten wyjazd zabrałem trochę liofilizatów Trek’n eat. Zalewamy je wodą i po chwili mamy ciepły kuskus z kurczakiem albo makaron z mięsem i szpinakiem.