Wymarzona praca…

marcin_dobas_fotografia_fok

Jak część z Was zapewne wie- zawodowo zajmuję się fotografowaniem i podróżowaniem. Pracuję zarówno jako fotograf ale i jako przewodnik  na trampingach oraz wyprawach fotograficznych. Prowadząc warsztaty fotograficzne często od ich uczestników słyszę stwierdzenia w rodzaju :

„Ale masz fajnie, jeździsz sobie po świecie i robisz zdjęcia – marzę o czymś takim. „

Zawsze wtedy odpowiadam, że to wbrew pozorom ciężka praca i tak jak każda praca wiąże się z masą niedogodności. Nie jest to żadna kokieteryjna odpowiedź ale próba odklejenia romantycznej etykietki od zawodu fotografa zwłaszcza zajmujacego się fotografią podróżniczą.  Rzeczywistość w jakiej człowiek budzi się, pracuje i idzie spać wygląda mniej różowo niż idealistyczne wyobrażenia.

Jadąc na wyjazd fotograficzny człowiek martwi się o wiele rzeczy, którymi „normalny” turysta nie zaprząta sobie tak głowy. O  koszty, pogodę, o światło, zachmurzenie, zgody, zezwolenia itp itd.
Nie twierdzę oczywiście, że nie lubię tego czym się zajmuję. Lubię i to bardzo,  jednak fotografia podróżnicza to swego rodzaju styl życia . Styl wymuszający zupełnie inny sposób podróżowania z jakim każdy z nas się zetknął. Styl i specyfika pracy która z całą pewnością nie każdemu pasuje, i na pewno nie każdy z nas na coś takiego by się zdecydował.
Rzadko kiedy o tym się mówi ponieważ głównie oglądamy finalny produkt jakim są zdjęcia a o okolicznościach ich powstawania mało kto opowiada. Ciężko powiedzieć o wypoczynku w Egipcie czy Nepalu – to normalna praca, gdzie fotograf cały czas działa na pełnych obrotach.  A po powrocie do domu po miesiącu codziennego fotografowania ma ochotę rzucić aparat w kąt i nie dotykać go przez długi czas.

Wszystko oczywiście zaczyna się od ustalenia miejsca wyjazdu. Potem następuje długi czas mozolnych przygotowań i wertowania wszystkiego na temat danego kraju. Przeglądanie setek zdjęć, tysięcy komentarzy pod nimi, wyszukiwanie artykułów, albumów, relacji z wyjazdów innych fotografów. Dziesiątki maili, korespondencja z ludźmi, którzy na miejscu już byli i fotografowali. Pytania, zgody, zezwolenia, ustalanie terminów spotkań na miejscu z przewodnikami, skipperami, osobami odpowiedzialnymi za wynajem kajaka, łodzi czy sprzętu nurkowego. Myślę że nie będzie oszustwem stwierdzenie, że na każde 5 dni przygotowań przypada jeden dzień fotografowania o ile dopisze pogoda.

Podróż w pełni podporządkowana jest robieniu zdjęć. Dzień zaczyna się jeszcze przed wschodem, bo wówczas trwa złota godzina czyli pora najlepszego oświetlenia w fotografii. Kończy po zachodzie wraz z zakończeniem niebieskiej godziny. Często trwać może nawet dłużej jeśli zdecyduję się na wykonywanie zdjęć nocnych. O luksusach związanych z noclegami też można zapomnieć. Na ogół „łapie się” jakąś zarwaną noc przed wyjazdem i „kiblowanie” na  lotniskach podczas mało dogodnych przesiadek… No cóż – taki urok tanich i wyszperanych połączeń lotniczych

Lotnisko w Norwegii
W terenie z kolei priorytetem są już same zdjęcia a nie wypoczynek. Najważniejsze aby o odpowiedniej porze być w odpowiednim miejscu. Jeśli wiem, że będę fotografował wschód słońca w górach albo zorzę polarną nad lodowcem – najlepszym rozwiązaniem będzie spędzenie nocy pod namiotem czy to na przełęczy czy na przedpolu lodowca. Gdy coś zacznie się dziać będę już na miejscu i wystarczy, że wysunę się ze swego śpiwora aby zacząć pracę.

Nie tracę czasu na dojazdy, niechęć do wychodzenia z ciepłego łóżka czy czas dojazdu na miejsce. Równie często sypiam w samochodzie. Rozwiązanie mniej wygodne – ale pozwalające na jeszcze szybszy start.

Pobudka, szybkie zdjęcia w jednym miejscu, w samochód i przejazd w okoliczny punkt. Na czas podróży samochód staje się nie tylko środkiem lokomocji ale i miejscem zakwaterowania. Do pełni szczęścia brakuje jeszcze możliwości ładowania akumulatorów – ale to w większości przypadków załatwia przetwornica o której wspominałem tutaj 

Suzuki Jimny Islandia

Oczywiście nawet najlepsze przygotowania mogą okazać się bezcelowe. Potrzeba jeszcze szczęścia.

Zdarzyło mi się spędzić w Norwegii czy na Islandii kilkanaście dni czekając na poprawę pogody, zdarzyło pojechać fotografować zorza polarne w okresie w którym zachmurzenie nie pozwalało dojrzeć nieba a aktywność słoneczna spadła w zasadzie do zera. Odległe wyjazdy nurkowe okazały się niewypałem tylko dlatego, że z powodu wiatru widoczność pod wodą spadła prawie do zera.

Każdy wyjazd niesie niestety ze sobą wielkie ryzyko porażki i jest to bardzo frustrujące. Na dobre zdjęcie składa się nie tylko nasza wiedza, umiejętności, stopień przygotowania ale też masa czynników na które nie mamy wpływu a są w stanie skutecznie pokrzyżować nam plany. Podczas zleceń obserwowałem u siebie objawy zarówno choroby wysokościowej jak i choroby dekompresyjnej – objawy lekkie i raczej nie groźne jednak na pewno nie należące do najprzyjemniejszych.
Udało mi się uniknąć chorób tropikalnych choć to pewnie kwestia czasu. Nie muszę wspominać o tym, że jeśli z wyjazdu wrócę bez dobrych zdjęć klient nie tylko będzie niepocieszony ale równie niechętnie zapłaci za zlecenie. Magazyny publikują fotografie nie zaś wymówki dlaczego zdjęcia nie powstały.

Marcin Dobas Nurkowanie
Każdy wyjazd czy zlecenie niesie ze sobą masę pozytywnych wspomnień. Gdyby nie niosły – to należało by niezwłocznie zmienić pracę.

W moim odczuciu najwspanialsze są wszystkie sytuacje związane z dzikimi zwierzętami. Zdecydowanymi faworytami w moim przypadku są foki. Zarówno szczeniaki jak i dorosłe. Sytuacje gdy leżę na plaży z aparatem fotografując te zwierzęta a jedno z ciekawskich foczych dzieci pełznie do mnie przez kilka minut tylko po to aby nosem sprawdzić co to za dziwne zwierze zawitało w ich kolonii są sytuacjami trwale wpisującymi się w pamięć.

Podobne doświadczenia mam ze wszystkich nurkowań z tymi ssakami, kiedy to zaciekawione moją obecnością w wodzie i skore do zabawy dorosłe osobniki podpływały aby uszczypnąć mnie zębami w skafander, dotknąć nosem maski, czy chwycić za moją płetwę i ciągnąć w zupełnie innym kierunku niż miałem ochotę płynąć.

Zdecydowanie takie chwile – zwłaszcza jeśli dodatkowo zostaną uchwycone w kadrze rekompensują wszelkie trudy i niedogodności związane z tą pracą.

Z każdego wyjazdu wracam trochę chudszy, trochę zmęczony – choć w pozytywnym tego słowa znaczeniu i na pewno szczęśliwy gdy uda mi się przywieźć kilka dobrych ujęć. Oczywiście nie staram się nikomu obrzydzić tej pracy bo nie zamieniłbym jej na nic innego. Chcę jednak pokazać że za każdym zdjęciem na które patrzymy ukryta jest historia związana z naciśnięciem spustu migawki i czasem zanim do tego dojdzie fotograf musi porządnie dostać w kość.

doczytałes tutaj ? Zapraszam na facebooka 

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

  1. Mnie Twój opis tylko zachęcił, a przecież te wszystkie trudy są właśnie najpiękniejsze w trampingu 🙂

  2. Bardzo ciekawy wpis o życiu pracą-pasją! Ja myślę, że każdy kto poważnie myśli o podróżowaniu zdaje sobie sprawę z tego, że to nie jest wycieczka all-inclusive, tylko spora ilość przeszkód do pokonania – ale również możliwość patrzenia na świat własnymi oczyma, a nie zdjęciami z katalogów biur podróży. Szczerze zazdroszczę Ci Marcinie odwagi, ja na razie jestem na etapie marzeń o wyprawach z aparatem – a świadomość trudów trochę blokuje realizację moich planów 😉
    Pozdrawiam!

  3. A ja myślę, że zapomniał Pan dodać jeszcze, że niezaprzeczalnie niezbędny jest talent do przekazania fotografią klimatu miejsca, i czasem tego jednego momentu:) Patrzę na niektóre Pana fotografie, i choć byłam w wielu z tych miejsc to widziałam je nieco inaczej, a z powodu braku talentu muszę przechowywać moje obrazy tylko w pamięci:) pozdrawiam E.

      1. Jak to zwykle bywa, talent poparty ciężką pracą:) wybieram się w grudniu do Chile i Argentyny, będę ćwiczyć rzemiosło na lamach 🙂 może niespodziewanie choć promil talentu się ujawni:) E

  4. Zostaję przy przekonaniu, że taka praca jest po prostu piękna! Kto w podróżach szuka tylko komfortu wybiera wypoczynek na plaży, a prawdziwy fotograf-eksplorer jedzie po wspaniałe zdjęcia, które koją później przebyte trudy bycia poza domem.