Dmuchaj na zimne

Gdy powierzamy ważne sprawy technice, powinniśmy być przygotowani na to, że może ona zawieść. Zawsze należy się podwójnie zabezpieczyć.

W końcu nic nie zaszkodzi, jeśli będziemy ciut nadgorliwi.

Dublowanie najważniejszych przyrządów jest najłatwiejszym sposobem na poradzenie sobie z awarią. Nurkowie dublują automaty, a czasem nawet butle, wspinacze dublują punkty, a samolot ma dwa silniki i przy awarii jednego z nich powinien dzięki drugiemu bezpiecznie wylądować. Dobrze jest takie podejście przełożyć także na fotografię. Oczywiście od awarii aparatu czy karty pamięci nie zależy nasze życie, niemniej warto zadbać, by nasza praca nie poszła na marne. Kilka tygodni temu znajoma przysłała mi rozpaczliwego esemesa z Birmy: „Aparat mi nie działa. Masz jakiś pomysł, gdzie mogę go tu naprawić?”. Moja odpowiedź była tyleż smutna, co lakoniczna: „Nie mam pojęcia!”. Naprawa zaawansowanego sprzętu fotograficznego podczas podróży jest uciążliwa, problematyczna a niejednokrotnie niewykonalna. Można pokusić się o niezniszczalny aparat, pancerny, niezawodny, uszczelniany – z takich staram się korzystać podczas trudnych zleceń. Nie da się jednak ukryć, że każde urządzenie, które może się popsuć, prędzej czy później ulegnie awarii i zgodnie z prawem Murphy’ego nastąpi to akurat wtedy, kiedy będzie najbardziej potrzebne.

Łukasz Supergan na Instagramie opisuje swój wypadek z aparatem. Dwa razy korpus zaliczył glebę. Raz bezproblemowo drugi raz już niestety problemowo. Nie zaskakuje to zbytnio bo aparaty nie służą jednak do rzucania na glebę. Ale odpowiedzcie sobie sam na pytanie – co by było gdyby był to trzeci dzień Waszej miesięcznej wędrówki i nie mieli byście zapasowego aparatu…

Czy zastanawialiście się kiedyś, co Wasz aparat ma w środku? Co dostalibyście, dogrzebując się do serca tego urządzenia? Odpowiedzią są te zdjęcia. Po przejściu pieszo Iranu, pokonaniu Pirenejów i kilku mniejszych przygodach, mój 18-miesięczny aparat doczekał się pierwszego remontu. Właściwie nie byłby on potrzebny, gdyby nie fakt, że podczas obu wypraw zaliczył solidną „glebę”, z twardym lądowaniem na kamieniach. Tą pierwszą przeżył, z zadziwiająco małym zadrapaniem na obudowie. Podczas drugiej, ostry głaz niemal zdarł z niego filtr polaryzacyjny. Od tamtej pory mój OM-D zachowywał się dziwnie. Stabilizacja obrazu niekiedy zawieszała działanie aparatu. Klapka baterii chwilami nie kontaktowała, odcinając zasilanie. Wewnątrz korpusu coś dziwnie stukało. I najciekawsze: tryb fotografowania przełączał się samoczynnie. Nie było rady. Aparat pojechał do serwisu. Dwa razy cieszyłem się, że mój wybór padł na OM-D. Pierwszy raz, gdy ujrzałem zdjęcia jakie robi. I drugi, gdy bezproblemowo, na koszt firmy, wysłałem go do naprawy. Proces wysyłki był szybki i przeprowadziłem go nie wstając od biurka. Po otwarciu urządzenia technik @olympus_polska zobaczył prawdopodobnie taki obrazek. Ta roztrzaskana szybka, która stukała w obudowie, to filtr osłaniający matrycę. Aparat dostał więc nowy sensor, ma też nową migawkę, górną i tylną ściankę oraz osłonę wyświetlacza. Wszystko to wymienione, spakowane i odesłane w ciągu 5 dni. Skutków upadku gwarancja niestety nie obejmuje, więc koszt wymiany trochę zabolał. Ale szybkość i wygoda obsługi okazała się świetna. Bolesna nauczka: nie pozwólcie Waszemu aparatowi upaść. A jeśli fotografujecie w trudnych warunkach, wybierzcie sprzęt, którego serwis jest łatwy i nie przysporzy Wam siwych włosów. A jak bezlusterkowiec sprawdza się na długodystansowych wędrówkach, liczących setki lub tysiące kilometrów? O tym wkrótce na blogu. @olympus_polska #omd #omdem5 #em5 #olympus #mirrorless #shutter #warranty #service #camera #accident #repair #thanks

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Łukasz Supergan (@lukaszsupergan)

Podobną sytuację miałem z grupą w Nepalu, gdzie „pourazowy aparat” rozpadł się na drobniejsze kawałki jak i na Wyspach Owczych, gdzie również aparat po upadku nie nadawał się do niczego.
Z kolei na Islandii gdzie fotografowaliśmy z ekipą na długim czasie fale uderzające o klify, jednej z uczestniczek aparat po prostu się utopił. Wszyscy staliśmy na wybrzeżu i fotografowaliśmy fale. Niestety raz na jakiś czas fale były większe niż pozostałe. Wówczas należało chwycić statyw z aparatem i ile sił w nogach uciekać przed wodą. Tak też każdy robił, oprócz jednej osoby, która uciekła ale… bez aparatu. Ten został na statywie i po chwili był już w Atlantyku. Płukaliśmy później sprzęt w słodkiej wodzie – bardziej w trosce o łatwiejszą pracę serwisantów niż z nadzieją na uratowanie aparatu.

Nie piszę tego, żeby Was straszyć czy żeby w jakiś sposób napiętnować osoby, które miały takie przygody. To może zdarzyć się każdemu i właśnie to chciałbym wszystkim przypomnieć.

Sonya A380
Sony A380 w Nepalu – pozostaje się napić

Fujinon na Islandii

Apeluję więc o jedną rzecz. Gdy wybieracie się w bliższe lub dalsze zakątki świata, zadbajcie o drugi korpus. Niech będzie to starszy, gorszy aparat. Najlepiej działający na tych samych bateriach i pasujący do tych obiektywów, które zabieracie w podróż. Ale nie dopuśćcie do sytuacji, gdy jedziecie na wyjazd życia z jednym korpusem. Oczywiście zabranie drugiego aparatu jest związane z kosztami, jednak chyba to lepsze rozwiązanie, niż wrócić z miesięcznej wędrówki po antypodach bez żadnej fotografii.

Druga rzecz, o którą powinniśmy zadbać, to fotografie. Jeszcze nie tak dawno gdy wysyłałem slajdy pocztą, zawsze robiłem to na dwa razy. W pierwszej paczce wysyłałem wszystkie rolki z parzystymi numerami, a w drugiej te z nieparzystymi. (Młodszym czytelnikom muszę wyjaśnić, że zdjęcia kiedyś wykonywane były na kawałku światłoczułej taśmy zamykanej w metalowych lub plastikowych kasetkach. Zazwyczaj w takiej kasetce mieściło się 36 zdjęć. Dobrym zwyczajem było numerowanie rolek po wyjęciu ich z aparatu). Gdyby listonosz zagubił jedną przesyłkę, była szansa, że druga dotrze tam, gdzie trzeba. Dziś zdjęcia możemy wysłać przez internet, jednak sposób podejścia powinien pozostać cały czas taki sam: dmuchajmy na zimne. Zdecydowanie lepiej będzie, gdy na wyjazd zabierzemy kilka mniejszych kart pamięci niż jedną wielką. Jeśli nieszczęście dopadnie kartę, nie będzie to ta jedyna, na której zapisaliśmy wszystkie zdjęcia. Z wyjazdu fotograficznego wracam ze zdjęciami zapisanymi na kartach 64 GB lub 32 GB.

Każde zdjęcie w terenie kopiuję albo nagrywam na pancerny dysk G-technology . Według producenta dysk zapewnia ochronę przed upadkiem z dwóch metrów, jest wodoodporny, pyłoodporny, a także… pływa. Nie wiem, jak często pluskacie się w towarzystwie swoich twardych dysków (ja jeszcze nie miałem tej przyjemności), ale z całą pewnością dane są przygotowane na przeprawy wodne. Samo posiadanie dysków w terenie ma też spory plus jeśli mamy tam zgrane nasze najważniejsze pliki. Kilka tygodni temu – gdy jeszcze nie zdążyłem wrócić do domu z zimowego wyjazdu na Islandię zadzwonił telefon od organizatora BZWBK PRESS FOTO. Pani pogratulowała nominacji w konkursie i poprosiła o przesłanie RAWów do… jutra.

Sęk w tym, że RAWów tych nie miałem na żadnym z sieciowych dysków ani w żadnej chmurze natomiast na szczęście miałem je ze sobą na dysku twardym. Pomyślcie też o zabieraniu ze sobą w teren plików, które mogą się przydać podczas gdy będziecie na wyjeździe. Bo ktoś zechce kupić dany plik, bo ktoś chce zweryfikować Wasze zdjęcia w konkursie aby wręczyć Wam nagrodę. Dodatkowo większość tego typu zdjęć trzymam w chmurze. Wolę mieć to zapisane w kilku miejscach.

Dysk z zapisanymi danymi nie waży ( chyba ?? ) więcej niż czysty nośnik.

Swoją drogą to pytanie nurtuje mnie od wielu lat. Czy „pełna karta pamięci waży tyle co pusta, mniej czy więcej ? Płyta gramofonowa z informacją waży mniej niż płyta bez informacji ale dysk twardy ?? 🙂

Zdarzają mi się też wyjazdy na lekko. Krótkie, na które nie zabieram komputera czy dysku twardego. Na ogół rezygnuję z tego, gdy wypad nie ma trwać zbyt długo, a warunki są trudne. Ostatnio opracowałem metodę kopiowania danych z jednej karty pamięci na drugą. Mam dwie karty SD o takiej samej pojemności. Jedną z nich oznaczam jako 1A, a drugą jako 1B. Pierwsza to ta z oryginałami, wyjęta z aparatu, a druga to kopia. Kopiarka może być zasilana z sieci, z gniazda USB lub trzema akumulatorami AA. (Myślę, że niebawem napisze o tym kilka słów więcej)
To wygodny sposób, a w połączeniu z szybkimi kartami niezbyt uciążliwy. Jeśli muszę mieć dostęp do zdjęć, wykorzystuję Wi-Fi wbudowane w aparat i przeglądam fotografie na smartfonie. Wybór rozwiązania zależy od charakteru wyjazdu. Na pewno skopiowanie danych na twardy dysk jest bezpieczniejsze, pewniejsze i nie wymaga cennych kart. Niebezpieczeństwo tworzenia kopii zapasowych na kartach polega na tym, że przez pomyłkę możemy nadpisać nośnik z backupem. Pamiętajcie, że najgorsze, co możecie zrobić, to przechowywać oryginały i kopie w tym samym miejscu. Jeśli ktoś ukradnie torbę, w której trzymacie wszystkie karty, to nie zostanie wam żadna kopia zapasowa !!

G Technology
To się nazywa zabezpieczony dysk

Nie oszczędzajcie na kartach nie oszczędzajcie na dyskach. Najcenniejsza rzecz, jaką przywozimy z wyjazdu, nie może być przechowywana na wątpliwej jakości nośniku. Jeśli macie ograniczony budżet, lepiej zdecydować się na wolniejszą kartę dobrej marki niż na szybką wątpliwej jakości. Od razu po powrocie z wyjazdu, gdy już zgram wszystkie zdjęcia na dyski, wykonuję po raz kolejny kopię zapasową. Już w terenie starałem się mieć zdjęcia zdublowane – w domu również nie mogę sobie pozwolić na przechowywanie pliku w jednym egzemplarzu. Jak wykonać kopię zapasową w domu? Jest na to wiele sposobów, a każdy z nich ma zwolenników i przeciwników. Bardzo pospolity jest tak zwany mirroring (lustrzane odbicie) RAID1, polegający na wykorzystaniu przynajmniej dwóch twardych dysków. Każde zdjęcie zapisywane jest w dwóch kopiach – po jednej na każdym dysku. Dzięki temu awaria jednego z tych nośników nie pozbawi nas całego dorobku – utracimy jedynie kopię plików. Takie rozwiązanie ma jednak pewną wadę. Oba dyski są w jednej obudowie i jakiekolwiek nieszczęście, jak pożar, powódź czy kradzież, naraża oba nośniki. Uważam, że RAID jest bardzo dobrym rozwiązaniem, ale i tak warto dodatkowo zdjęcia zapisywać na dysku przechowywanym w innym miejscu.

Może jest z tym wszystkim trochę zachodu, ale w końcu fotografie to – obok wspomnień – najcenniejsza pamiątka z podróży.
Jeśli natomiast zajmujecie się fotografią zawodowo – myślę że to całe dmuchanie na zimne jest Waszym obowiązkiem.